Realna kuchnia survivalowa

2

Kiedy w maju zobaczyłem informację na stronie Survivaltech o organizowanych warsztatach z realnej kuchni survivalowej od razu wiedziałem, że to jest to! Tylko ten termin… I jakoś niespodziewanie okazało się w sierpniu, że 15-16 organizowana jest kolejna edycja. Nie wahałem się ani chwili przyjmując zaproszenie do uczestnictwa. Tu należy się wyjaśnienie – zostałem zaproszony jako dziennikarz magazynu Special Ops, ale nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się wrażeniami z Wami. Rzecz jasna, w warsztatach nie uczestniczyłem tylko jako bierny obserwator, ale na tych samych zasadach i prawach jak normalni uczestnicy warsztatów. Oznacza to, że przez te dwa dni spożywałem wyłącznie posiłki przygotowane przez współuczestników, które opierały się na darach lasu i „upolowanej” zwierzynie. Żadnych batonów, cukierków, coli i innych wspomagaczy. Klimatu dodawał fakt, iż ogień rozpalany był wyłącznie bez użycia zapałek, a schronienie na noc trzeba było przygotować samemu. Dla niektórych mogło być to wyzwaniem mimo, że to tylko dwa dni i to właściwie niepełne. Warsztaty rozpoczęły się ok. 11.00 w sobotę, a zakończyły się ok. 15.00 w niedzielę.

Ideą tych założeń było maksymalne zbliżenie się do realnych warunków i myślę, że to się udało. Dlaczego tak? Otóż większość wędrowców, turystów jest przyzwyczajona do regularnych posiłków i uzupełniania zapasów. Co jednak gdy stanie się nieprzewidywalne? Gdy przyjdzie nam wędrować przez kilka dni, a zapasy się wyczerpią? Kiedy zaczniemy być głodni? Na ile wystarczy nam energii? Czy faktycznie potrzebujemy wspomagać się cukrem? W trakcie wędrówek niebezpiecznie jest dopuścić do takiej sytuacji, ale warto sprawdzić swoje ograniczenia. Choćby raz.

Najczęściej szkolenia z kuchni survivalowej dotyczą pozyskiwania roślin. Jest to ważne ale nie jest najbardziej efektywne. Aby zebrać dziko rosnące jadalne rośliny trzeba przede wszystkim je znać i umieć rozróżniać jadalne od niejadalnych, trzeba być w regionie gdzie rośliny jadalne, czy w ogóle jakiekolwiek rośliny występują, trzeba też poświęcić dużo czasu i energii na ich zebranie. Efekty zbieractwa w postaci kalorii mogą być jednak mizerne. W takich sytuacjach najefektywniejszym sposobem dostarczenia energii jest oczywiście spożywanie mięsa i tłuszczu, choć również niełatwe do pozyskania. W wielu krajach, w tym i w Polsce, kłusownictwo jest bezwzględnie zakazane, a legalnie polować mogą jedynie myśliwi. Jednak w sytuacji kryzysowej, gdzieś na końcu świata, chyba nikt formalnościami przejmować się nie będzie. Tego właśnie mieli nauczyć się uczestnicy warsztatów.

DZIEŃ I
Szkolenie rozpoczęło się od przeglądu ekwipunku uczestników i „skonfiskowania” jedzenia, które mieli ze sobą. Jak realizm, to realizm a nie podjadanie ukradkiem. Następnie z krótkim, acz treściwym wykładem dotyczącym optymalnego żywienia w survivalu wystąpił Kuba Jaroński*. Kuba opowiedział m.in. o historia żywienia człowieka na tle innych ssaków, przedstawił krótki rys fizjonomii i anatomii trawienia i przyswajania składników odżywczych przez człowieka. Ponadto, przedstawił strategie żywieniowych ludów pierwotnych i współczesnych strategii żywieniowych. Omówił, także możliwości przygotowania swojego zdrowia w sposób możliwie optymalny dla zapewnienia sobie jak najlepszej odporności w czasie bytowania o charakterze zbieracko-łowieckim. Oczywiście, omówienia doczekały się również składniki odżywcze pochodzenia zwierzęcego i roślinnego.

Po wykładzie przyszedł czas na praktykę. W pierwszym etapie, prowadzonym przez Pawła „Supera” Supernata, uczestnicy nauczyli się techniki rozpalania ognia za pomocą krzesiwa i naturalnych rozpałek (suszona trawa i paproć, kora jałowca itp.). Kiedy umiejętność ta została opanowana uczestnicy musieli sami ubić zwierzynę (koźlę), oskórować i rozebrać tuszę. Podczas rozbioru uczestnicy mieli też sposobność spróbowania poszczególnych części na surowo, wszak nie zawsze jest możliwość rozpalenia ognia. Tak spróbowali jądra, wątrobę, nerki, serce, mózg, rdzeń kręgowy, szpik, no i oczywiście mięso i krew. Tu zaczęły się pierwsze schody – no jak, surowe jądra mam jeść? Mózg? Wyssać oko? Tu padło kilka niecenzuralnych słów, czarnych dowcipów, ale jednak wszyscy się przełamali. Następnie mięso zostało podzielone na część przeznaczoną do wędzenia, upieczenia w żarze i piecu maoryskim oraz na „salceson”, czyli wywar z podrobów, tłuszczu, szpiku i ziół.

W dalszym etapie uczestnicy zajęli się budowaniem wędzarni, przygotowaniem ogniska i kuchni polowej, wykonaniem pieca maoryskiego, no i oczywiście przyrządzaniem mięsa. To czynności dość pracochłonne i tak czas zleciał właściwie do wieczora. Widoczne było już osłabienie grupy, w końcu od rana nic nie jedli poza surowymi podrobami i krwią. Pojawiła się u niektórych potrzeba wypicia kawy. Ratunkiem okazał się napar z czagi, czyli z błyskosporka podkorowego. Jest to grzyb (huba) rosnąca na brzozach, z którego można otrzymać zdrowotny napar albo używać go jako hubki do łapania iskier. W smaku napar z czagi w niczym kawy oczywiście nie przypomina, ale jest mocny i wyrazisty.

Zmęczenie się pogłębiało, szczególnie że na jedzenie jeszcze trzeba było zaczekać – jako pierwsze miało być gotowe mięso z żaru i „salceson”. Dla zabicia czasu zaczęły być opowiadane dowcipy i zagadki intelektualne. Wyraźnie było widać jak grupa była osłabiona intelektualnie i dla eksperymentu pozwolono uczestnikom zjeść po 2 daktyle. Od razu grupa się ożywiła i moc powróciła. Dwa daktyle, tak niewiele, a jak silnie zadziałały na psychikę. W międzyczasie doszło mięso w żarze i wszyscy z radością powitali parujące i aromatyczne porcje mięsa. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy okazało się, że wystarczyło im tylko kilka kęsów mięsa oraz trochę „salcesonu”. Tu wyszło jak cywilizacyjnie jesteśmy silnie przyzwyczajeni do jedzenia często i dużo, czy podjadania. W rzeczywistości, gdy minie pierwszy głód, jemy zdecydowanie mniej. W tym momencie kończy się pierwszy dzień, a uczestnicy udali się do swych schronień – pod płachtę namiotową, do hamaków itp.

DZIEŃ II
Kolejny dzień rozpoczął się od odkopania mięsa z pieca maoryskiego. Wydobyte zostały udźce, które okazały się być idealnie wypieczone. To nic, ze piasek chrzęścił w zębach. Wszyscy zajadli się z rozkoszą. Nic dziwnego, mięso które spędziło jakieś 10 godzin w żarze, pod warstwą liści i ziemi musiało być dobre.

Po „śniadaniu” uczestnicy wybrali się na poszukiwanie roślin. Las w połowie sierpnia nie obfituje wieloma darami, ale udało się znaleźć trochę dzikich jabłek, śliwek (mirabelki), ziół, owoców jałowca i trochę kwiatów nawłoci.

Ze śliwek i jabłek został przygotowany dżem, który ku zaskoczeniu uczestników okazał się być straszliwie kwaśny. No cóż, tak to jest gdy nie dodaje się cukru do przetworów. Z nawłoci został przygotowany napar. Cóż mogę o nim napisać, również nie jestem jego smakoszem. Paskudztwo straszliwe, no ale niektórym smakuje. Notabene, należy w tym miejscu zwrócić uwagę, że w piosence „Wspomnienie” Czesław Niemen śpiewa „mimozami jesień się zaczyna” mając tak naprawdę na myśli nawłoć. Nie wiadomo skąd ale potocznie, szczególnie na Mazowszu, nawłoć nazywana jest mimozą. Są to jednak dwie różne rośliny. No i sama piosenka nie jest Niemena, jest to wiersz Juliana Tuwima. Więcej o różnicy pomiędzy nawłocią, mimozą można przeczytać TUTAJ  lub TUTAJ.

W trakcie przygotowywania dżemu konsumowane było wędzone mięso. Określenie „wędzone” było dość umowne, aby dobrze uwędzić mięso trzeba mieć trochę wprawy. Mięso przygotowane przez uczestników było bardziej upieczone niż wędzone. Nie ma co się jednak zżymać, w końcu było to pierwsze wędzenie w życiu, a mięso nadawało się do spożycia.

W kolejnym etapie uczestnicy uczyli się przygotowywania i wykonywania sideł. Raz jeszcze przypomnę – kłusownictwo i polowanie za pomocą sideł w Polsce jest nielegalne! Tak czy inaczej, warto tę umiejętność posiadać. Na sam koniec uczestnicy przygotowali jeszcze mityczny indiański pemmikan, czyli suszone mięso z łojem baranim zmieszane w proporcji 1:1.

Tak zbliżyliśmy się do końca warsztatów, które zostały zakończone omówieniem tego co się wydarzyło. Każdy mógł też opowiedzieć o swoich wrażeniach i doświadczeniach.

PODSUMOWANIE
Czego właściwie doświadczyłem? Jadąc na warsztaty zastanawiałem się jak bardzo będę głodny, czy czegoś mi będzie brakować. Ku memu zaskoczeniu niczego mi nie brakowało, nie miałem ochoty na „coś”. Jedynie ok. 12.00 w niedzielę zacząłem odczuwać zwyczajny głód. Po prostu chciałem zwyczajnie coś zjeść. Myślę, że moje doświadczenia z wędrówek, podczas których jadam dwa razy dziennie plus mała przekąska w środku dnia, zaowocowały. Przypomniałem też sobie techniki wędzenia, pieczenia w piecu maoryskim oraz sprawiania zwierzyny. Smakowo wyzwaniem był jedynie napar z nawłoci. Surowe mięso i podroby to żadne wyzwanie, polecam kiedyś spróbować tatra z podrobów, szczególnie z bawolego serca – pycha! O móżdżku nie wspominając.

Myślę, że wartością dodaną tych warsztatów było uzmysłowienie uczestnikom, że mięso nie występuje tylko w postaci zafoliowanej na tacce w markecie. Że jeśli zabijamy zwierzę to wykorzystajmy wszystko co możliwe. Nasi dziadkowie jedli mięso nie tylko z czterech ćwiartek, ale jedli wszystko to co jest określane mianem piątej ćwiartki – krew, flaki, podroby, mózg, gruczoły, nóżki, ogony, ozory. Kiedyś to była norma na polskich stołach, dziś można skosztować tych elementów wyłącznie w ekskluzywnych restauracjach. Taki duch czasu, warto jednak o tym czasem przypomnieć.

Na zakończenie polecam też wrażenia z uczestnictwa w warsztatach z perspektywy osoby, która pierwszy raz miała styczność z survivalem i kuchnią survivalową: Survival – Realna Kuchnia – oczami Ajwen

*Jah Maya (Jakub Jaroński) – jego obszar zainteresowań to szeroko pojęte zielarstwo, zdrowe odżywianie, pierwotna kuchnia survivalowa, antropologia, permakultura, pszczelarstwo i ekologia oraz chodzenie i bieganie na boso. Od 5 lat stosuje własnoręcznie sporządzone naturalne leki, kosmetyki oraz środki czystości. Promuje włączanie elementów dzikiej kuchni i apteki na powrót do codziennego menu i stylu życia w harmonii z naturą. Zwykle odżywia się według wytycznych pierwotnej prostej kuchni w nurcie paleolitycznym w połączeniu z surową dietą witariańską i instynktowną tzw. raw-paleo.
Za: http://mamaziemia.pl/dzika-kuchnia-i-apteka-warsztaty-z-jakubem-jaronskim-jah-maya/

 

  • Wiktor

    Polecam 🙂 Niezapomniane doświadczenie. Pozdrawiam Autora 🙂

    • Scout

      Pozdrawiam wzajemnie! Dobrze wiedzieć, że jest się czytanym 😉